lub zarejestruj się
Trans Romania
Autor: Igor Rumiński

Trasa kolejnej imprezy turystyczno-offroadowej Extremizer i ekipy PTTK BEZDROŻA będzie wiodła przez kraj Draculi, Ceausescu i potomków rzymskich legionistów. Początek już 29 czerwca!

Tym razem mamy do pokonania ok. 1700 km, z czego ok. 700 po szutrach. Przejedziemy dwiema legendarnymi trasami - TransAlpina i TransFogarska. Odwiedzimy zamki i jaskinie. Dotrzemy m.in. do skansenu wsi rumuńskiej i gorących źródeł.

W ostatnich dniach wybraliśmy się w podróż pilotażową, w celu sprawdzenia dostępności trasy i wyznaczenia punktów noclegowych. Poniżej krótka fotorelacja z tej podróży.


8 dzień

Powrót do kraju zaczyna się ciężko. Wciąż mamy w pamięci ostatnie dni w górach? Krajobrazy i miejsca, dopiero co poznane, przesuwają się w głowie jak slajdy.

Ale przy stopniowym zbliżaniu się do kraju, tęsknota za nim narasta. Dlatego postanawiamy jechać ciurkiem, zmieniając się za kierownicą.

W końcu, bez przygód i bez awarii, docieramy do domu.

Do zobaczenia na kolejnym szlaku :-)

Za miesiąc ruszamy do Albanii!!!


7 dzień

Holenderskie campingi mają to do siebie, że są doskonale przygotowane do obsługi podróżnych. Po kilku dniach w górach miło było pławić się w luksusach.

Rankiem opuściliśmy zaułek camperów i udaliśmy się na zwiedzanie Bran. Bogata ekspozycja, tajne przejście i fajnie zakręcona trasa zwiedzania stanowią nie lada atrakcje. Dzieci, zakradając się do różnych zakamarków, bawią się tu doskonale.

Po wyjściu z zamku, ruszyliśmy do skansenu wsi rumuńskiej. Zgromadzone eksponaty i budynki robią wrażenie, ale byliśmy jedynymi zwiedzającymi. Turysta masowy zapomina o skansenie i ciągnie na zamek jak ćma do światła, a uwagę dzieci przykuwają głównie stragany z pamiątkami.

Po krótkim spacerze, postanowiliśmy wrócić do miasta i do knajpki, którą odkryliśmy poprzedniego dnia. Wieczorem zjedliśmy w niej kolację. Apetyt dopisywał, ale świadomość, że od następnego dnia będziemy już wracać sprawiała, że atmosfera podczas posiłku była "poważna":)


6 dzień

Budzimy się w rewelacyjnych nastrojach. Przed nami przejazd najwyżej położoną trasą w Rumunii. Kosztowała życie 40 żołnierzy, a jej budowa była oczkiem w głowie Nikolae Caucescu. Przejazd robi wrażenie - liczne zakręty i tunel na szczycie, który stanowi równocześnie granicę pomiędzy Siedmiogrodem, z dużymi wpływami węgierskimi, a Wołoszczyzną. Zatrzymujemy się na szczycie, żeby kupić pamiątki, i ruszamy w kierunku Bran, do zamku Drakuli.

Warto podkreślić, że w Rumunii zamków, które mienią się miejscem pobytu Drakuli jest wiele, ale ten w Bran jest doskonale przygotowany do zwiedzania.

Wieczorem lądujemy na zaprzyjaźnionym campingu Vampire i oddajemy się długim nocnym rozmowom.


5 dzień

Obudziły nas owce i silnik terenowego Mitsubishi Pajero. To pasterze, którzy jeżdżą do pracy takimi cackami.

Był rześki poranek i wszystko wskazywało na to, że żar będzie się lał z nieba. Wiedzieliśmy, że im szybciej ruszymy i wjedziemy wyżej, tym temperatura będzie bardziej znośna. Wysokość sprawiła, że jechaliśmy głównie wśród roślinności niskopiennej. Okolica prawdopodobnie obfitowała w zioła lub korzonki, bo spotkaliśmy wielu zbieraczy. Pasterzy też było sporo, a stada owiec pędzone przez hale przypominały chmury, których akurat tego dnia na niebie nie było.

Zanim ostatecznie rozpoczęliśmy zjazd, pokręciliśmy się jeszcze po alternatywnych szlakach.

W drodze powrotnej roślinność stawała się coraz bujniejsza, zaczęły pojawiać się drzewa. Najbardziej podobały nam się rozłożyste dęby.

Gdy wreszcie wjechaliśmy do miasta, okazało się, że trafiliśmy na jakieś święto, bo wiele osób było ubranych w tradycyjne stroje. Na ulicach panował tłok; korki tworzyli i ludzie, i pojazdy. Uzupełniliśmy leje w portfelach, zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy w kierunku kolejnej legendarnej trasy - Transfogarskiej.

Postanowiliśmy zostawić sobie asfalt na dzień następny i po terenowym dojeździe na nocleg rozłożyliśmy się nad jeziorem Vidraru.


4 dzień

Obawialiśmy się, że wcześnie rano obudzą nas drwale, ale nic takiego nie miało miejsca. Dolinka, w której stał tartak, była tak samo senna mglistym rankiem jak ciemnym wieczorem. Korzystając z okazji, wjechaliśmy Land Roverem pod dach otwartej tartacznej hali i urządziliśmy sobie śniadanie w industrialnej atmosferze.

W dalszej części wyprawy jechaliśmy wzdłuż rzeki, którą ostatecznie zostawiliśmy za sobą, skręcając na podjazd w wyższe partie gór. Początkowo droga wiła się serpentynami w górę, ostatecznie wyprowadzając nas na błotnistą polanę, zastawioną maszynami leśnymi.

Baliśmy się, że ugrzęźniemy w błocie, ale jakoś się udało. Choć rozjeżdżona polana skutecznie zamaskowała wyjazd, którego trochę się naszukaliśmy. Dalej było już tylko trudniej. Stromo, drogi jednostronnie podmyte.

W pewnym momencie wyjechaliśmy z chmury i znaleźliśmy się na szczycie. Odsapnęliśmy na moment i zaczęliśmy zjazd. Wkrótce znaleźliśmy się na Trans Alpinie. Z 67C skręciliśmy na Via Strategica, która po wyasfaltowaniu Trans Alpiny pełni godnie zastępstwo, dostarczając wrażeń estetyczno-offroadowych.

Nocowaliśmy w malowniczej dolinie niedaleko Ciungetu.


3 dzień

Wjazdowi w góry towarzyszyła lekko nerwowa atmosfera, jaka zawsze pojawia się przed rozpoczęciem przygody w górach. Szybkie śniadanie, czarna, smolista kawa w małej knajpce i ruszamy w Karpaty.

Początek drogi wyznaczał znak o niedostępności trasy zimą - znakomita wizytówka i zapowiedź emocji.

Ruszyliśmy po górskiej prowincji, co chwila napotykając pasterzy, drewniane chatki i walące się stodoły. Wspinając się pod stromą górę, dostrzegliśmy urokliwą polankę z pasącym się stadem koni. To było idealne miejsce na szybki obiad.

Powłóczyliśmy się jeszcze po górkach, aby ostatecznie dotrzeć po południu do Hudenoary, gdzie zwiedziliśmy legendarny Castelul Corvinilor.

Nocleg wypadł nam w terenie. W otoczeniu tartaku i wielkiej ilości drewna rozpaliliśmy ognisko i rozstawiliśmy obóz.


2 dzień

Rankiem zaopatrzyliśmy się w rumuńską kartę SIM, doładowaliśmy konto, nabiliśmy megabajty i w drogę do Sapanty. Droga wzdłuż granicy z Ukrainą była malownicza, chociaż asfaltowa. Sapanta przywitała nas wielką Maramorską Bramą u wjazdu. Sam cmentarz nie zmienił się z byt wiele od naszej ostatniej wizyty. Za to konserwacja świątyni idzie pełną parą, i na całej wysokości i szerokości jest już obłożona rusztowaniami. Chcieliśmy odwiedzić pracownię, w której konserwuje się drewniane nagrobki, ale nie zastaliśmy rzemieślnika. Czekała nas jeszcze dojazdówka do Jaskini Niedźwiedziej i na biwak w Salciua de Jos.

Cele osiągnęliśmy i zmęczeni zasnęliśmy w namiotach, na półotwartym campingu.


1 dzień

Wystartowaliśmy na ok. godz. 12.00. Droga się dłużyła, GPS pokazywał nierealną godzinę dotarcia, a polskie paliwo spalało się zbyt szybko.

Na granicy w Medyce wjechaliśmy 2 razy pod prąd, aby dopiero za trzecim razem trafić we właściwy portal. Na szczęście, odprawa trwała krótko. Po piętnastu minutach byliśmy "na Wschodzie".

Drogę przez Ukrainę wybraliśmy nieprzypadkowo - tańsze paliwo, smaczne i tanie jedzenie oraz kilka kluczowych produktów, w które można się zaopatrzyć przed ponownym wjazdem do Unii. Po ciężkiej i długiej dojazdówce granicę przekroczyliśmy w Syhocie Marmaroskim. Przed nami Sapanta i Cimitirul Vesel, czyli Wesoły Cmentarz.


Komentarze:
Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany !
Copyright 2005-2012 © by Unimot Express Sp. z o.o.