lub zarejestruj się
Bieszczadzka Ekspedycja 2012
Autor: Sylwia Jabłońska

Nas dwoje, nasz sprzęt – Suzuki SV 650 S, 5 dni i 1400 km do przejechania. Cel wyprawy motocyklowej – poznać południowo-wschodnią Polskę. 

Ruszamy z Górnego Śląska w piątkowy ranek. Jazda autostradami przebiega pomyślnie i bez większych zakłóceń. Sytuacja komplikuje się po zjeździe na drogi lokalne. Zakorkowane ulice miast, sznury samochodów. Dla motocykla nie istnieje jednak słowo korek. Dalsza trasa drogą numer 897 to kiepski asfalt i mnóstwo dziur. W Radoszycach pijemy krystalicznie czystą wodę wprost ze źródełka. Dojeżdżamy w końcu do Wetliny – naszej bazy wypadowej na słynne pętle bieszczadzkie. Miejscowość jest położona na granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego, niezapomniane widoki gwarantowane. Jest to wieś typowo turystyczna z rozbudowaną bazą noclegową. 

Kolejny dzień rozpoczynamy od jazdy po ostrych zakrętach. Kierowca szybko redukuje biegi, pokonuje zakręt, by za kilka chwil znowu powtarzać ten sam schemat. Dojeżdżamy do Sanoka. Podziwiamy rozległą, lecz płytką rzekę San i kierujemy się do Zagórza. Przed nami kolejne zakręty, idealny asfalt i górzyste tereny. Dla doświadczonych bikerów – wymarzone warunki do zamykania opony. Na drodze do Krasiczyna mijamy senne wioski, w których czas jakby się zatrzymał. Co jakiś czas przejedzie tylko terenowy samochód. W Krasiczynie robimy dłuższy postój i zwiedzamy zamek będący przykładem obronnego zespołu pałacowego. Zacieniony park daje upragniony cień, bowiem w czarnych kombinezonach w samo południe nie czujemy się zbyt komfortowo. W Kuźminie odbijamy na drogę numer 890 i przez kolejne kilkanaście kilometrów nie spotykamy żywej duszy. Dosłownie. Droga lokalna tuż przy samej granicy z Ukrainą to łagodne zakręty, mnóstwo zieleni wokoło i asfalt, którego próżno szukać na wielu drogach o strategicznym znaczeniu dla transportu krajowego. Zanim dojeżdżamy nad Solinę, zostajemy zaopatrzeni w mandat za przekroczenie prędkości. A było tak pięknie. Jezioro Solińskie i tama to skomercjalizowany obiekt techniczny. Tłumy turystów, mnóstwo stoisk z pamiątkami i rękodziełem do tego zawyżone ceny i czujemy się jak na Krupówkach w Zakopanem. Miejsce jest z pewnością godne odwiedzenia ze względu na rozmiary tamy i samego akwenu wodnego. 

Trzeci dzień to dla nas przejazd przez teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Spotykamy mnóstwo miłośników górskich wycieczek. Na trasie mijamy znaki ostrzegające przez rysiami i niedźwiedziami. Zatrzymujemy się w Wołosatem – wieś na krańcu Polski. Dalej już tylko Ukraina. Żałujemy, że nie zabraliśmy ze sobą paszportów. Obiad jemy w Polańczyku i spacerujemy wokół Jeziora Solińskiego. Tego dnia licznik wskazał przejechanie 960 km. Motocykl wesoło pomrukuje, a my zaczynamy odczuwać zmęczenie trasą. 

W efekcie nazajutrz, Suzuki dzień spędza samotnie na parkingu pod zajazdem, a my spacerujemy po Wetlinie i okolicach, zatrzymując się w wybranych lokalach i degustując lokalne trunki i dania. 

Opuszczając Bieszczady czujemy niedosyt i już planujemy powrót połączony z wjazdem na terytorium Ukrainy. 

 

Komentarze:
Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany !
Copyright 2005-2012 © by Unimot Express Sp. z o.o.